Cześć, poznajmy się – wywiad z ekipą Wyniku (cz. II)

Tydzień temu mieliście okazję poznać kilka jakże fascynujących faktów z naszego życia i dowiedzieć się np. kto z nas szaleje za Courtney Barnett, komu już nigdy się nie nudzi i kto śpiewał sąsiadkom piosenkę misia Colargola (sic!). Dzisiaj prezentujemy Wam drugą część tego wywiadu. Ponownie przesyłamy podziękowania i uściski dla Izabeli Poleszak, na której pytania odpowiadali tym razem: Ada, Mateusz, JuliaTomek.

playlista Bażanta

Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie związane z muzyką?

Adrianna Sagan: Moja mama twierdzi, że jako bobas uwielbiałam, gdy śpiewała mi „Ta Dorotka, ta malusia” i wówczas uderzałam do rytmu drewnianą łyżką o podłogę. Prawdopodobnie było to moje pierwsze zetknięcie z muzyką, ale ponieważ nie pamiętam tego epizodu, nie mogę go potwierdzić. Pamiętam jednak, że jako kilkulatka byłam zahipnotyzowana czołówką „Muminków” – kołysałam się i śpiewałam ten fragment tekstu, który nie wymagał zbyt dużej wprawy leksykalno-wokalnej (papapapapa, mamamamama). A potem katowałam piosenki Kulfona i Moniki z kasety. Bursztynek, bursztynek, znalazłam go na plaży…

Mateusz Madej: Walenie w gramofon, jak się zacinała płyta. Nie wiem, co to była za płyta, ale gramofon mam nadal (udało mi się go naprawić!).

Julia Paszko: Pamiętam swój szalony taniec do Lata Vivaldiego w wykonaniu niejakiej pani Vanessy Mae (mój pięcioletni umysł opracował całą choreografię, ale było też miejsce na improwizację). Pamiętam próby naśladowania piosenek z Małej Syrenki utrwalone niestety na kasecie VHS. Oczywiście byłam przekonana, że brzmię identycznie (nie brzmiałam). Mgliście pamiętam także, jak mój tato słuchał Floydów, a ja oglądałam okładki ich płyt. Przez chwilę miałam go za wariata – dźwięki, które (według kilkuletniej mnie) nie przypominały normalnej muzyki, w połączeniu z jakimiś krowami i dziwnymi trójkątami, c'mon... A później przez długi czas był to mój ulubiony zespół.

Tomek Łowiecki: Kaseta VHS „Bodzio 96” z teledyskami discopolowych zespołów. Byłem oczarowany „Ani Be Ani Me Ani Kukuryku” w wykonaniu śp. Bohdana Smolenia, a „J23” Amadeo po prostu się bałem („Zostaw tę pukawkę Bruner, póki mam jeszcze ochotę z Tobą rozmawiać!”). Pamiętam też, że duże wrażenie zrobiły na mnie klipy do trzech kawałków – „Blue (Da Ba Dee)” Eiffel 65, „Wolność” zespołu Skaner oraz „Cheri Cheri Lady” Modern Talking. Pierwszy zobaczyłem w notowaniu 30TON („lista, lista, lista przebojów!”), drugi w Disco Relax, a trzeci był randomowo emitowany w telewizji Polsat w różnych porach dnia.

Utwór, płyta lub koncert, który zmienił coś w Twoim życiu?

A.S.: A cała masa koncertów się liczy? Wtedy byłby to mój pierwszy OFF Festival (chyba 2009) jeszcze w Mysłowicach, na który pojechaliśmy ze znajomymi z liceum. Kiedy musisz stać w kolejce do pryszniców kilka godzin, by dowiedzieć się, że odpływ się zaciął i stoisz w mieszance trawy i włosów innych festiwalowiczów po kolana, może dojść do przewartościowania twojego życia… Podobno u niektórych rodzi się wtedy żądza mordu. Inni reagują emocjonalnie – załamania, depresje… A tak serio: niesamowita atmosfera pola i koncerty, koncerty, koncerty. Kiedy muzyka ważniejsza była niż namioty z wege żarciem, bony były tanie, a Grolsh zimny. Pamiętam fantastyczną atmosferę podczas koncertu The National i Spiritualized, szok podczas występu Grupy Kot, słodkie dźwięki Muzyki Końca Lata i zupełny odpływ na Wildbirds & Peacedrums. Natłok wrażeń, jaki mi wtedy towarzyszył, trzymał mnie jeszcze przez dobry rok.

M.M.: Led Zeppelin – „The Song Remains the Same”. Sprawił, że zacząłem bardziej odczuwać muzykę, niż tylko słuchać.

J.P.: Pierwszy utwór, który usłyszałam w Trójce – „Naprawdę nie dzieje się nic” Turnaua (tak, wychowałam się na Trójce i na Turnale, śmieszki). I zostałam. Potem już poszło lawinowo. Nie wiem, czy bez „First Days of Spring” Noah and the Whale i „Nantes” Beirutu byłabym teraz w tym samym miejscu. Na specjalne wyróżnienie zasłużył także utwór "Nie wszystko zostało napisane" Spiętego i zamojski koncert Pustek. Każda z tych historii jest długa i nieciekawa dla nikogo poza mną, ale nic nie poradzę – lubię zbierać takie momenty.

T.Ł.: Utwór – było sporo takich utworów, to temat na oddzielny tekst. Ostatni, który mnie oczarował to „serce” ostródzkiej formacji LSO. Płyta? Pewnie połączone wydanie „Surfer Rosa & Come On Pilgrim”. Nie wiem, ile razy zasypiałem, słuchając tej płyty. A koncert... tutaj mam dwa. Pierwszy to pierwszy koncert Pixies w Polsce, bo to było spełnienie marzenia i obietnicy. A drugi, który coś naprawdę coś zmienił, to pożegnalny koncert Afrokolektywu. Kto był, ten wie dlaczego.

Gdybyś mogła/mógł współpracować z jakimś artystą, kto by to był i dlaczego?

A.S.: Jeśli możemy tutaj puścić wodze fantazji, chciałabym, żeby to był Brian May. Jego gitara nie ma sobie równych. Koncentrując się na rynku polskim – bardzo, ale to bardzo marzy mi się współpraca z Kasią Nosowską, bo cenię jej wrażliwość muzyczną. Skoro Krawczyk może, to czemu nie ja?

M.M.: Przede wszystkim myślę o Pink Floyd, Led Zeppelin, Philu Collinsie – ze względu na kreatywność w kształtowaniu przełomowego brzmienia. W celu obserwacji procesu twórczego celowałbym w nowoczesne zespoły pokroju Snarky Puppy czy Electro Deluxe.

T.Ł.: Z zagranicznych twórców muzycznych to Edwyn Collins i Barry Gibb, chociaż na to nie mam już szans. Z twórców z Polski (nie tylko muzyków) – Joanna Lacher (ten głos!), Doktor Yry, Elektryczny Węgorz, Hiob Dylan, The Pau, Jan Dzban (ten od Dentro) i Marcin Sprusiński znany jako WuWunio. A jeżeli chodzi o zespoły, których twórczość jest mi bliska i z którymi chciałbym wejść w jakiekolwiek kolabo, to Ptaki Przyrody (o ile jego członkowie jeszcze gdzieś tam są) i Hondacivic (MORTADELA PAŁACOWA!).

Gdy byłaś/byłeś mały, chciałaś/chciałeś zostać...

A.S.: Chciałam być aktorką albo pisarką. Ostatnio odnalazłam nawet zeszyt z moją „powieścią”, którą pisałam w podstawówce. Pamiętam, że wstydziłam się tego, że piszę, i chowałam ten zeszyt pod poduszkę. A potem stało się to, czego najbardziej się bałam – zeszyt znalazł mój starszy brat i mnie wyśmiał. Ała.

M.M.: „Skrzypaczem” – tak napisałem na lekcji, początkiem szkoły podstawowej. Chodziło oczywiście o zostanie skrzypkiem.

J.P.: Panią Moniką ;) To nauczycielka z podstawówki, która miała na mnie ogromny wpływ. Pewnie już mnie Pani nie pamięta, a ja dalej chcę Panią zostać, Pani Moniko.

T.Ł.: Tygrysem.

Ulubione wspomnienie związane z działalnością w Wyniku?

A.S.: Ten, w którym zobaczyłam, że zmieniliśmy logo na takie, które nie przypomina już logo hospicjum albo miejskiego centrum pomocy rodzinie. Byłam bardzo zadowolona i po raz pierwszy poczułam dreszczyk emocji. Czynnik wow. Wtedy też uświadomiłam sobie rozmach tego przedsięwzięcia i podziw dla chłopaków, że im się chce.

M.M.: Wprowadzenie się do pierwszego studio. I do drugiego. Ale głównie do pierwszego, bo to wtedy zaczęła się dla mnie przygoda z Wynikiem :)

J.P.: Z historii najnowszej: kiedy wzięłam pierwszy raz do ręki nową płytę It's July Already i pomyślałam, że może też miałam na jej powstanie jakiś malutki wpływ.

T.Ł.: Wszystkie momenty jakiejkolwiek kreacji, począwszy od procesu produkcji, aż po jej ostateczny wynik. Mam dwa stany – albo lenistwem dorównuję ukwiałom albo jestem tak nakręcony, a do tego tak opity napojami kofeinowymi, że aż „łażę po ścianach”. Mogę nie spać, jeść byle co (bułki z dżemem ze świni) i tylko robić. Zdecydowanie wolę być w tym drugim stanie, a wiążę się on często z działaniami w ramach Wyniku. To właśnie lubię. Bo, cytując Kierownika: „Nie wolno być leniwym chu... chuchrem”.

Co robisz poza Wynikiem?

A.S.: Rosnę sobie na prawnika. I dużo śpię. Szok, ale w świecie, który nie kończy się na Warszawie, te dwie rzeczy się nie wykluczają. W tym miejscu chcę pozdrowić moją panią mecenas, która dopytuje się, kiedy przyniosę płytę It’s July Already do odsłuchu w kancelarii.

M.M.: Oglądam filmy i seriale, programuję, śpiewam Gospel.

J.P.: Studiuję kierunki z długimi nazwami, fotografuję maszyny budowlane, oglądam zdecydowanie za dużo seriali, uprawiam turystykę kulinarną i bezskutecznie próbuję nauczyć się sztuki tak zwanego ogarniania.

T.Ł.: Prowadzę bardzo nieregularny tryb życia z wybitnie chaotycznie nakreślonym planem, który do tego ulega ciągłym przemianom. Głównie piszę (trochę amatorsko, a trochę zawodowo), pijam (wyczynowo) i pogrywam (na instrumencie typu gitara, w gry planszowe i karciane oraz w amatorskiej grupie teatralnej, która, jak w tej piosence Bajmu, „pojawia się i znika”).

Dlaczego zdecydowałaś/zdecydowałeś się wziąć udział w tym projekcie?

A.S.: Aby realizować część marzeń, które kiedyś miałam, a o których całkiem zapomniałam – chęć pisania i dzielenia się z innymi tym, co czuję.

M.M.: Chciałem założyć studio nagraniowe. Podczas którejś próby z It's July Already Gumiak zagadnął, że on i Krzyś też by chcieli. No więc połączyliśmy siły.

J.P.: Wkurzało mnie, że na pytanie „Co robisz w życiu?” musiałam odpowiadać tylko „studiuję”. Teraz teoretycznie mogę zaszaleć i stwierdzić, że jestem menadżerem, redaktorem, współtwórcą muzycznego kolektywu. Fajnie jest mieć coś swojego.

T.Ł.: Kierownik powiedział, że będzie fajnie. Nie kłamał. Poza tym nie pamiętam, żeby to było coś, na co bym się „decydował”, uprzednio rozważając jakieś za i przeciw, raczej było to coś w stylu „no dobra, to robimy”. I robimy.

Plusy i minusy bycia jego częścią?

A.S.: Plusem jest wzajemna mobilizacja. Także to, że poznaję punkt widzenia i muzyczne gusta moich Wynikowych współtowarzyszy. To jest rozwijające. Minusy – wciąż obrywam, bo jestem zapominalskim ultraleniem, a teksty pisze w ostatniej chwili. To odbija się na jakości tego co piszę. Gdy udostępniam moje wpisy, myślę sobie, kurde, mogłam to napisać lepiej. I jestem niezadowolona.

M.M.: Trzeba się czasami kłócić o pierdoły. Ale przynajmniej razem możemy zrobić dużo więcej i lepiej.

J.P.: Minus jest taki, że nie mam czasu pisać swoich magisterek. Plus jest taki, że mam dobrą wymówkę.

T.Ł.: Jedyny minus jest taki, że nie mieszkam w Krakowie. Jeszcze.

Jakie masz plany/marzenia związane z Wynikiem?

A.S.: Chciałabym, żeby Wynik sięgnął dalej niż do grona naszych znajomych. I żeby ludzie przestali pytać: „Ej, co to jest w końcu ten Wynik?”. Marzy mi się, że nasz blog zostanie gdzieś dostrzeżony. I że uda się nam wyruszyć z It’s July Already w trasę koncertową, a ja będę pisać z naszego koncertowego busa nowy wpis: „Sława, pieniądze i dużo ruskiego szampana – czyli jak to jest być częścią Wyniku”.

M.M.: Żeby działał! I żeby ludzie byli zadowoleni z muzyki, którą tworzy Wynik.

J.P.: Po cichu marzę o tym, żeby usłyszeć It's July Already w Trójce. I żeby zagrali na Off Festivalu. Albo na Halfwayu! No i wiadomo, „100k na Insta” ;) Tak naprawdę już 1k byłby super – niesamowicie cieszy mnie, kiedy udaje nam się dotrzeć do nowych osób.

T.Ł.: Kręcić i montować coraz lepsze klipy, nagrywać coraz lepszą muzykę (teraz moim małym celem jest napisać ze trzy kawałki, które będą trwały ponad trzy minuty) i nagrać jej jeszcze sporo, czy to pod szyldem Świderile, czy w ramach innych zespołów. Tl;dr – „lepiej, wyżej, mocniej”.

Dodaj komentarz